Językoznawstwo na wesoło | Wydział Filologiczny

Językoznawstwo na wesoło

Hermenegilda Latawiec
(Hubert Górnowicz)

Kociewie i jego „koci” toponimiczny mikrotyp

 

Mikrotypem nazywamy w naukowej terminologii toponomastycznej zespół nazw geograficznych o tej samej bazie semantycznej. Termin ten stworzył twórca czeskiej szkoły onomastycznej prof. dr Vladimír Šmilauer. Badanie mikrotypów ma duże znaczenie dla językoznawstwa i nauk pokrewnych, ponieważ umożliwia zbadanie związków między nazwami a rzeczami (odwieczny językoznawczy problem: Wörter und Sachen), a badanie rzeczy wchodzi w zakres zainteresowań historii, archeologii, geografii itd.

Jedna z części Pomorza nazywa się Kociewie, a na Kociewiu są m.in. takie nazwy miejscowe: Koteże, Kotomierz, Kocia Góra oraz trzy nazwy terenowe Kocia Góra. Nazwy te tworzą „koci” mikrotyp nazewniczy.

Już od dawna wiadomo, że nazwa Kociewie pochodzi od kota. Tak rozumieją ją sami Kociewiacy. Kot jest znakiem fabrycznym Rzemieślniczej Spółdzielni Pracy w branży włókienniczej w Starogardzie, stolicy Kociewia. Fakt, że Kociewie pochodzi od kota, znalazł odbicie nawet w poezji. Franciszek Fenikowski napisał zbiór parodii Wlazł kotek na płotek (Wydawnictwo Morskie, Gdynia 1960). W zbiorze tym jest parodia Pieśni o ziemi naszej Wincentego Pola, w której czytamy:

 „Lecz najbardziej mnie zachwyca
Ta kociewska okolica.
Bo gdzie takie jak tu płoty,
A na płotach takie koty.
Gdzie kot równy tym bestyjom
Z większą mruga fantazyją.
Niechaj dowie się, kto nie wie,
Że najmilsze mi Kociewie
I kociewskie te opłotki
I te mrugające kotki.”

Z wiersza tego dowiadujemy się, że kociewskie koty są bardzo duże. W wersie: „A na płotach takie koty” – akcent logiczny (zdaniowy) spoczywa na wyrazie takie, który można transformować na takie wielkie. Koty kociewskie są tu nazwane bestyjami, co również świadczy o tym, że są ogromne. Zapamiętajmy dobrze ten fakt, bo będzie on nam potrzebny w dalszych rozważaniach. Zresztą każdy, kto był na Kociewiu, wie dobrze, że tamtejsze koty, aczkolwiek bardzo łagodne, są olbrzymie, są większe niż koty w innych dzielnicach kraju. Jest rzeczą oczywistą, że kociewskie koty doszły do tej wielkości w drodze wielowiekowej walki o byt i w drodze doboru naturalnego. W ostatnim z cytowanych wersów F. Fenikowski mówi wprawdzie o kotkach, ale wyraz ten został użyty wyłącznie w funkcji ekspresywnej, a nie czysto komunikatywnej. W chwilach czułości mąż nazwie swą żonę kotkiem, choćby miała dwa metry wysokości i ważyła sto kilogramów.

Wiemy już, że Kociewie pochodzi od kotów, ale nie znamy jeszcze budowy morfologicznej tej nazwy. Dzisiejsza postać jest wtórna. Współczesne j w nazwie Koćevie pochodzi z kontrakcji dawnego ‑yie. Podobnie nie mówimy już bestyia, lecz bestia, nie mówimy Maryia, lecz Maria itp. Tak więc pierwotnie nazwa Kociewie brzmiała Kociewyje i należała do nazw typu Wilkowyje. Nazwa Wilkowyje jest topograficzna i oznaczała miejsce, gdzie wyją wilki. Każdy wie, że koty nie wyją, lecz miauczą. Jednak duże koty mogą wyć, a o tym, że kociewskie koty były bardzo duże, już wiemy. W formie Kociewyje człon pierwszy compositum ma postać mianownika liczby mnogiej rodzaju niemęskoosobowego przymiotnika koci, zaś człon drugi jest postverbativum od wyć. Może kiedyś nazwa ta miała postać *Kotowyje z 1. członem rzeczownikowym od kot i ze spójką ­‑o- dawnych tematów na ‑o- tak jak Wilkowyje, ale źródła takiej pradawnej i tylko hipotetycznej formy nie przekazały. Z źródeł pisanych znamy tylko postać Kociewyje, wtórnie rozumianą jako ‘kocie miauki podobne do wycia’.

Jak nazywała się początkowo wieś Koteże, leżąca kilka kilometrów na południowy zachód od Starogardu, nie wiemy. Może do XVI w. wcale nie miała nazwy. Z najstarszych przekazów wiemy, że była to wieś szlachecka i już nazywała się Koteże. Poza tym wiemy, że we wsi tej jako kociewskiej żyły (i do dziś żyją) olbrzymie koty. Można przypuszczać, że skoro Koteże leżą w samym środku Kociewia, tu koty musiały być największe. Właśnie do nich pasuje użyty przez F. Fenikowskiego synonim bestyje.

O tym, jak doszło do powstania nazwy Koteże, dowiadujemy się z Peregrynacji po Pomorzu ślachatnego Bartłomieja Szczukomłockiego spod Sandomirza, napisanej w latach 1528–1531, której rękopis znajduje się w Państwowym Archiwum Wojewódzkim w Sandomierzu pod sygnaturą AFR 54. Dotąd nie wydano go drukiem, bo rzekomo kompromituje mentalność szlachty sandomierskiej XVI w. Otóż ten Bogu ducha winny szlachciura, wędrując przez Kociewie z Bydgoszczy do Gdańska, zatrzymał się na noc u szlachcica, właściciela dzisiejszych Koteż. Opowiadał właścicielowi o olbrzymich kotach widzianych w okolicy. Właściciel, chcąc się pochwalić, przywołał z podwórka swego największego kocura Pimpusia. Przyjezdny, ujrzawszy tę superbestyję, sądził, że to już nie kot, lecz jakaś krzyżówka żbika z tygrysem. Jednak właściciel Koteż powiedział mu, że to kot teże. Dziś mówimy nie teże, lecz też, ale po rosyjsku jest jeszcze tože. Zachwycony i przerażony wielkością kocura gość stale powtarzał: kot teże. Oba t na granicy wyrazów zlały się w jedną głoskę, co brzmiało koteże. Inni słysząc to, nazwali tak wieś. Nazwę tę rozumiemy, ale trudno ją zaliczyć do którejś z klas klasyfikacji semantycznej nazw miejscowych. Najprawdopodobniej jest to nazwa kulturowa pamiątkowa związana ze szczególnym wydarzeniem.

Podczas gdy Koteże leżą w środku Kociewia, Kotomierz leży na jego najbardziej południowej peryferii, właściwie na terenie Kujaw graniczącym z Kociewiem. Takie położenie tych wsi nie jest przypadkowe. W miejscu, gdzie leży Kotomierz, mamy wąskie przejście między lasami. Tym przejściem biegnie szosa i kolej z Bydgoszczy do Gdańska, a dawniej biegła słynna w czasach wpływów rzymskich trasa tzw. traktu bursztynowego. Prowadziła ona znad Adriatyku do Bałtyku. Po prostu z centrum Polski nie można było dostać się na Kociewie inną drogą, jak przez Kotomierz. Choć koty nie mają mowy, jednak mają instynkt i nim się porozumiewają. Dzięki temu porozumiewaniu się koty w całej Polsce wiedziały, że najlepiej powodzi się kotom kociewskim, że dzięki dobrobytowi i trosce ludzi koty tyją, rosną i są tak olbrzymie. Stąd każdy kot centralnopolski chciał żyć na Kociewiu, gdzie czułby się jak przysłowiowy pączek w maśle (stąd nazwa Pączkowo, oboczna średniowieczna nazwa Szpęgawska, i tak częste na Kociewiu nazwisko Pączek i pochodna od niego nazwa wsi Pączewo).

Jednak światem zwierzęcym rządzi nieubłagane prawo doboru naturalnego. Nie każdy kot nadawał się do zamieszkania na Kociewiu. Przecież kociarnia kociewska miała charakter wybitnie elitarny. Na Kociewie mógł dostać się z Polski centralnej tylko kot dostatecznie duży, wysoki, gruby i silny. Jednostki słabsze i mniejsze odsyłano z powrotem. Aby ocenić przydatność kotów centralnopolskich do zamieszkania wśród elitarnej kociarni kociewskiej, należało koty mierzyć. Zabiegu tego dokonywano właśnie w punkcie granicznym między Kujawami a Kociewiem i tak powstała dla tego miejsca nazwa Kotomierz. Z czasem wokół tej stacji granicznej powstała wieś. Jest to więc nazwa kulturowa, utworzona formantem *‑ od podstawy słowotwórczej złożonej z rzeczownika kot, spójki ‑o- i postverbativum od mierzyć. Nazwa ta jest jednocześnie ciekawym w toponimii odbiciem darwinowskiego prawa naturalnego.

Tak jak koty centralnopolskie wędrowały na kociewską ziemię obiecaną przez Kotomierz, tak koty z Borów Tucholskich i Kaszub wędrowały tu przez okolice Czarnej Wody, która powstała dopiero w XIX w. Musiały tu przepłynąć przez Wdę i suszyły futerka na położonym nad Wdą wzgórzu o wysokości 112,6 m nad poziom morza, leżącym 700 m na północ od dzisiejszej wsi Czarna Woda. Odpoczywając i susząc futerko, rozglądały się po okolicy i marzyły o szczęściu, które je wnet spotka na kociej ziemi obiecanej. Stąd ludzie nazwali to wzgórze Kocia Góra. Jest to prosta nazwa zestawiona z przymiotnika kocia i rzeczownika góra. Gdy w ostatnim czasie, w związku z rozwojem Czarnej Wody i powstaniem tu fabryki płyt pilśniowych, zbudowano na tym wzgórzu i u jego podnóża nowy przysiółek, ponowiono na niego istniejącą już od dawna nazwę wzgórza Kocia Góra.

Inne wzgórze o nazwie Kocia Góra ma 70 m nad poziom morza i leży 400 m na zachód od Brzeźna Wielkiego. Wreszcie ostatnim reprezentantem kociej rodziny nazewniczej jest wzgórze Kocia Góra o wysokości 56 m nad poziom morza 1,5 km na zachód od Franka. Obiekty te leżą w środku Kociewia. Nazwy ich świadczą o tym, że na tych niezbyt wysokich pagórkach koty lubiły się wygrzewać i odpoczywać po nocnych harcach z myszami i szczurami.

W latach 1308–1460 i 1772–1920 Kociewie było pod panowaniem niemieckim. W toponimii Kociewia wpływy niemieckie są słabe. Ludność zawsze była tu polska. Nazwy niemieckie miały charakter tylko administracyjny i papierowy. Nazwę prowincji Kociewie Niemcy przejęli w postaci Katzenwald (najstarsze poświadczenie z czasów krzyżackich Kaczemwold z 1399 r.). Jest to kalka polskiego kot = niem. Katze, rozszerzona słowotwórczo o człon złożeniowy ‑wald, który zastąpił polski formant. Człon ‑wald zastosowano na wzór niemieckich choronimów typu Schwarzwald, Böhmerwald, Schwabenwald, Wiener Wald itp. Człon ten mógł tu mieć zresztą znaczenie realne, a nie tylko strukturalne, bo za czasów krzyżackich Kociewie było silnie zalesione. Również i inne nazwy na Kociewiu Niemcy adaptowali w taki sposób. Z polskiej nazwy wsi Kokoszkowy zrobili Hennewald 1402, 1414, a więc przetłumaczyli pol. kokoszka na niem. Henne i zamiast formantu ‑ow- zastosowali człon złożeniowy ‑wald. Nazwę wsi Wysoka, mającą polskie zapisy typu Wisoka od 1245 r., Niemcy adaptowali jako Wiesenwald 1352. A więc fonetycznie zadideowali nagłos nazwy polskiej do Wiese ‘łąka’ i rozszerzyli ją strukturalnie użytym członem ‑wald. Człon ‑wald był też używany do nadawania zupełnie nowych nazw niemieckich, zastępujących stare polskie. Np. Klecewo (dzisiejsze Kleszczewo Kościerskie) zastąpili Niemcy nową nazwą Liebenwald. Klecewo ma polskie zapisy typu Klieczowo od 1250 r. Liebenwald pojawiło się tylko w dokumencie lokacyjnym (nadanym wsi nie na korzeniu) w 1350 r. Jezierzec Niemcy przezwali Hannuswalde (tak w dokumencie lokacyjnym dla wsi nie na korzeniu z 1350 r. dla sołtysa Johannesa). Tak więc w zgermanizowanych nazwach kociewskich drugi człon ‑wald był szczególnie typowy, a wszystko to poszło z Katzenwaldu, czyli zniemczonego polskiego Kociewia.

Reasumując nasze rozważania, stwierdzamy, że interesujący nas mikrotyp nazewniczy od kota objął jeden choronim, trzy nazwy miejscowe i trzy terenowe. Nie ma nazw wodnych, bo koty wody nie lubią. Integracja toponomastyki z naukami pokrewnymi udowodniła, że ten „koci” mikrotyp nazewniczy jest w naszej toponimii ciekawym odbiciem darwinowskiego prawa doboru naturalnego i walki o byt w obrębie jednego gatunku zwierząt Felis domestica. Nasza nauka może więc być przydatna nawet biologii ogólnej.

 

 

[Przedruk z: Z dziejów językoznawstwa polonistycznego w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku i na Uniwersytecie Gdańskim (1947–2005), pod red. J. Maćkiewicz, E. Rogowskiej‑Cybulskiej i J. Tredera, Gdańsk 2006, s. 457–460].

 

Treść ostatnio zmodyfikowana przez: Sylwia Rzedzicka
Treść wprowadzona przez: Importer Importowicz
Ostatnia modyfikacja: śr., 01.06.2016 r., 13:38
Data publikacji: ndz., 28.02.2010 r., 0:00

Językoznawstwo na wesoło

Hermenegilda Latawiec
(Hubert Górnowicz)

Kolumb był Kaszubą

 

Gdy w życiorysie wybitnej jednostki są luki źródłowe, powstają w ich miejsce legendy. Legendy te upowszechniają się do tego stopnia, że potomni nie rozróżniają między legendą a prawdą, biorąc wszystko za prawdę.

Tak jest z Kolumbem, największym żeglarzem epoki Renesansu i odkrywcą Ameryki. W latach 1892–1894 ukazało się we Włoszech źródłowe dzieło w 15 tomach Raccolta di documenti e studii publicati della Reala Comissione Colombiana. Zebrano w nim możliwie wszystko o Kolumbie, przede wszystkim jego dzienniki podróży i własne wspomnienia. Po przejrzeniu tych piętnastu grubych tomów stwierdzamy, że w życiorysie Kolumba jest dużo białych miejsc. I tak, nie ma żadnego przekazu źródłowego o miejscu urodzenia się odkrywcy Ameryki, o jego pochodzeniu społecznym, o narodowości i o jego życiu do 1476 r. Właśnie te miejsca wypełniła legenda. Tak więc tylko legendą jest to, że Kolumb był Włochem, że urodził się w Genui i że dopiero około 1476 r. nagle stał się wielkim żeglarzem. Oczywiście, genueńczykom zależało na tym, aby odkrywca Ameryki był ich ziomkiem, i oni tę legendę stworzyli. W oryginalnych spisach mieszkańców Genui człowiek ten figuruje tylko raz pod rokiem 1476 jako Cristoforo Colombo bauta. Jest przy nim wzmianka, że wypłynął na morza prawdopodobnie do Islandii. Dowiadujemy się z tego przekazu, że bohater nasz urodził się w 1451 roku wczesną jesienią. Dzień i miesiąc urodzenia, a przede wszystkim miejsce urodzenia, nie są wymienione. Nie ma więc w oryginalnych dokumentach genueńskich żadnych wiadomości o narodowości Kolumba i o tym, co robił do 1475 r.

Są dotąd znane dwie etymologie nazwiska Kolumba, jedna włoska, druga hiszpańska. Żadna z nich nie jest – naszym zdaniem – prawdziwa. Według powszechnie przyjętej etymologii włoskiej nazwisko Colombo ma się wywodzić od wyrazu pospolitego, który w dialekcie toskańskim i w bazującym na nim włoskim języku literackim przynajmniej od końca XIII w. brzmi il colombo ‘gołąb’. Jest to kontynuant łac. columba fem. ‘t.s.’. Jednak w dialekcie liguryjskim, którym mówiono w XV w. i do dziś się mówi w Genui, dawne uN nie rozwinęło się w oN. Na ‘gołębia’ mówiło się i mówi tam do dziś il columbo. Tymczasem w cytowanym wyżej oryginalnym dokumencie genueńskim z 1476 r. jest wyraźnie Colombo z obcą systemowi dialektu liguryjskiego języka włoskiego grupą oN. Wszystko to mówi nam, że Colombo nie jest wyrazem rodzimym, lecz substytucją jakiegoś obcego dla Ligurii i całych Włoch leksemu. To Włosi skojarzyli sobie obce nazwisko z ich pospolitym nazwaniem gołębia i to abstrahując od fonetyki historycznej włoszczyzny.

Etymologia hiszpańska mówi nam, że nazwisko (Cristobal) Col'on pochodzi od wyrazu pospolitego colon(us) ‘w starożytnym Rzymie początkowo wolny dzierżawca gruntów, w okresie cesarstwa uzależniony od właścicieli majątków, a od r. 332 n.e. glebae adscriptus’. Jest to, oczywiście, etymologia ludowa, zresztą żaden Hiszpan nawet nie śmie twierdzić, że Kolumb był Hiszpanem.

A teraz – Drogi Czytelniku – pozornie odrywamy się od Kolumba, aby zająć się Janem z Kolna. Jak wiemy, odkrył go w czasie swych poszukiwań źródłowych w Belgii nasz wielki historyk Joachim Lelewel. Znalazł on źródło, według którego w 1476 r. żeglarz Johannes Scolnus Polonus dopłynął do Labradoru i przed Kolumbem odkrył Amerykę. W źródle tym Polonus zostało nadpisane później inną ręką. Lelewel odczytał to jako Jan z Kolna Polak i tak powstała legenda o Polaku, odkrywcy Ameryki. Jego nazwisko skojarzono z Kolnem na Mazowszu. Późniejsi badacze twierdzili, że Lelewel źle odczytał Scolnus zamiast Scolvus, a więc nie można tego nazwiska łączyć z mazowieckim Kolnem, a to Polonus rzekomo Lelewel sam napisał. Piąta litera nazwiska jest rzeczywiście zatarta, ale po zastosowaniu nowoczesnych metod techniczno-filologicznych stwierdziłam, studiując ten dokument w Brukseli, że chodzi tu o Scolnus, a nie Scolvus. A więc Lelewel się nie omylił. Poza tym był on zbyt uczciwym naukowcem, aby cokolwiek nadpisywać nad źródłami. Techniczna ekspertyza wykazała, że Polonus nadpisano już w końcu XVI wieku. Sam zapis pochodzi z końca XV wieku.

Badając ostatnio dokumenty zachowane w parafii w Kielnie w byłym powiecie wejherowskim przypadkowo natrafiłam na cenne zapisy, które pozwalają nam wypełnić białe plamy w życiorysie Kolumba. Mało tego, pozwalają one na identyfikację Krzysztofa Kolumba z Janem z Kolna.

W księdze parafialnej z 1451 r. jest wzmianka, że dnia 25 sierpnia urodził się, a dnia 31 sierpnia został ochrzczony Johannes Cristophorus, syn Stanisława chłopa. Ponieważ nie ma tu żadnej wzmianki o wsi, w której ten chłopiec się urodził, należy rozumieć, że urodził się on we wsi parafialnej, to znaczy w Kielnie. Kielno jest starą wsią parafialną. Pierwsza wzmianka o wsi pochodzi z roku 1323: Kelne KDP II 676. Jest to nazwa topograficzna prymarna, ponowiona z nazwy jeziora Kielno, które dziś już nie istnieje, bo zostało osuszone, i pozostały po nim ślady w postaci kilku stawów i podmokłych łąk pod tą wsią. Jezioro to widzimy jednak na mapie Schrötera z około 1790 r., a nawet jest ono wymienione w wykazie jezior pomorskich A. Seligo z 1902 r. Nazwa jeziora Kielno została utworzona formantem -ьno od hydronimicznej bazy *kъlъ w znaczeniu ‘roślinność nadwodna’. O bazie tej pisze prof. Paweł Smoczyński w „Onomastica” XVIII, 1973, s. 29–88. Dokumenty parafialne w Kielnie datują się od 1408 r. W połowie XV w. był tu przewidujący proboszcz, który przy nazwiskach mieszkańców Kielna czynił pewne charakterystyczne wzmianki. I tak pod rokiem 1463 mamy ciekawą adnotację, że dwunastoletni Johannes Cristophorus jest tak zamiłowanym w żeglarstwie chłopcem, że nawet z balii robi łodzie i pływa w nich nie tylko po jeziorze Kielno, lecz i po dalszych jeziorach Kamień, Wysoka i Tuchomie. Pod rokiem 1471 jest wzmianka, że Johannes Cristophorus wyprowadził się ze wsi do Gdańska, aby zostać zawodowym żeglarzem. Wreszcie pod rokiem 1473 jest ostatnia wiadomość, że Johannes Cristophorus aus Danczigk odwiedził w Kielnie swą matkę (ojciec od dwu lat już nie żył), aby się z nią pożegnać przed daleką wyprawą do Anglii. Tyle dokumenty kielneńskie.

Resztę już teraz nietrudno odgadnąć, a z językoznawczego punktu widzenia dopomoże nam metoda substytucyjna. Rozmiłowany w dalekich wyprawach morskich Jan Krzysztof z Kielna (tak musiał się nazywać, bo nazwiska w naszym rozumieniu nie były jeszcze wówczas u kaszubskich chłopów rozpowszechnione), nie mogąc w Gdańsku znaleźć warunków do zaplanowanych dalekich wypraw, odpłynął do Anglii. Tam znalazł do tego warunki i w 1476 r. dopłynąwszy do Labradoru, odkrył nowy ląd. Na pewno nie wiedział, że odkrył Amerykę. Jego wyprawę odnotowało znane nam już źródło, do którego dotarł Lelewel. Ponieważ Lelewel nie mógł znać małego kaszubskiego Kielna, skojarzył nazwisko żeglarza z bardzo dobrze mu znanym mazowieckim Kolnem. Miasto to ma wzmianki źródłowe od 1222 r., w 1425 r. otrzymało prawa miejskie, a od XVI w. było siedzibą starostwa niegrodowego. Z niewiadomych przyczyn Jan Krzysztof z Kielna zjawił się w końcu 1476 r. w Genui i tu został zapisany jako Cristoforo Colombo. Prawdopodobnie sądził, że bogata i ekspandująca na morzach Genua da mu lepsze warunki do odkrycia nowej drogi do Indii.

Musimy teraz wykazać, dlaczego w dokumentach genueńskich i późniejszych hiszpańskich żeglarz ten figuruje jako Cristoforo bez pierwszego imienia Johannes. Sądzę, że sprawa jest prosta. Otóż w Genui liczącej wówczas 14 000 mieszkańców było aż 5 964 Janów. W takich warunkach imię Johannes (po włosku Giovanni) nie było dostatecznie wyróżniające z punktu widzenia nazwy własnej jako nazywającej indywidualną osobę. Bohater nasz zachował więc drugie imię, pierwsze odrzucając. Teraz też jasno widzimy, że Colombo jest włoską substytucją polskiej nazwy miejscowej Kielno z adideacją do wyrazu pospolitego colombo ‘gołąb’. Dalsze losy Kolumba są zbyt dobrze znane z historii, aby je tu wspominać. Podam jedynie to, że nie Genua, lecz Hiszpania spełniła marzenia kaszubskiego chłopca z Kielna o dalekich wyprawach przez Ocean Atlantycki do Indii. Przedsmakiem tej wyprawy była odbyta w 1476 r. podróż z Anglii do Labradoru.

Wnioski: 1) Jan z Kolna i Krzysztof Kolumb to ten sam człowiek. 2) W istocie nazywał się Jan Krzysztof z Kielna i pochodził z kaszubskiej wsi Kielno pod Wejherowem. 3) Żeglarz ten dwa razy odkrył Amerykę, z czego do końca życia nie zdawał sobie sprawy: raz w 1476 r. płynąc z Anglii i drugi raz w 1492 r. płynąc z Hiszpanii. 4) Ponieważ w Genui było tysiące Janów, bohater nasz przestał od pobytu w Genui używać imienia Jan, pozostając tylko przy Krzysztofie, i tak wszedł do historii. 5) Colombo jest włoską substytucją kaszubskiej nazwy miejscowej Kielno dzięki adideacji do włoskiego apelatywa colombo ‘gołąb’.

Tak więc Polska wydała dwu największych odkrywców doby Renesansu: Kopernika, odkrywcę nowego nieba, i Kolumba, odkrywcę Nowego Świata. Kaszubi winni być dumni z tego, że Kolumb był ich ziomkiem. Postuluję, aby w Kielnie wzniesiono pomnik ku czci największego syna tej mało znanej wioski kaszubskiej i aby liczne u nas ulice Jana z Kolna zmienić na Jana Krzysztofa z Kielna.

 

 

[Przedruk z: Hermenegilda Latawiec, Wybór rozprawek językoznawczych, egz. nr 24, [b.m.] 1979, s. 22–26].

 

Treść ostatnio zmodyfikowana przez: Sylwia Rzedzicka
Treść wprowadzona przez: Importer Importowicz
Ostatnia modyfikacja: śr., 01.06.2016 r., 13:36
Data publikacji: czw., 01.04.2010 r., 0:00

Językoznawstwo na wesoło

Hermenegilda Latawiec
(Hubert Górnowicz)

Reykjavik i Dublin

 

We wrześniu 1976 r. minister spraw zagranicznych PRL [Stefan] Olszowski bawił z oficjalną wizytą w stolicy Islandii Reykjaviku. Może to stało się powodem ponownego zainteresowania się etymologią nazwy miejscowej stolicy przyjaznej nam Islandii. Na pierwszy rzut oka nazwa wygląda na islandzką. Wszyscy wiemy, że jest to nazwa złożona z dwu wyrazów, z których drugi to vik o znaczeniu ‘zatoka’. Wyraz ten istnieje i oznacza zatokę prawie we wszystkich językach germańskich. Natomiast trudności sprawia próba wyjaśnienia pierwszego elementu tej komponowanej nazwy. Dotąd żaden onomasta skandynawski nie potrafił jej przekonująco objaśnić.

Trudności się mnożą, gdy sobie zdamy sprawę z tego, że Reykjavik wcale nie leży nad zatoką. Mam tu na myśli taką zatokę, nad którą położenie osady mogło się stać przyczyną jej nazwania. W ostatniej instancji Reykjavik leży nad olbrzymią zatoką zwaną Faxa. Nad tą największą zatoką islandzką leży dużo miejscowości, a więc położenie nad nią naszej osady nie było niczym wyróżniającym. Gdy przyjrzymy się topografii tej okolicy, stwierdzimy, że Reykjavik leży na półwyspie wrzynającym się w zatokę Faxa. A więc dla pierwszych osadników najistotniejszym elementem topografii tej okolicy było położenie przyszłej stolicy Islandii na tym półwyspie, a nie nad zatoką. Zresztą, jak zobaczymy dalej, nazwa stolicy Islandii nie ma nic wspólnego z ukształtowaniem linii brzegowej.

Gdy nie można jakiejś nazwy wyjaśnić przy pomocy słownictwa i morfologii własnego języka, próbuje się ją zetymologizować przy pomocy metody substytucyjnej, sięgając do zasobów leksykalnych i cech słowotwórczych innych języków. Otóż dla znawcy przedmiotu nazwa miejscowa Reykjavik wygląda na nazwę pierwotnie polską, poddaną substytucji islandzkiej, i to substytucji fonetyczno-słowotwórczej. Oczywiście, -vik jest wtórnym elementem islandzkim, który w sposób czysto mechaniczny i strukturalny (przypominam: nie było tu żadnej zatoki, która by mogła się stać powodem nadania nazwy osadzie) zastąpił jakiś formant polski.

Zaznaczam, że w źródłach dziejowych nazwa ta zawsze była zapisywana Reykjavik. Otóż mamy tu w nagłosie r, które istnieje tak w języku polskim jak i islandzkim, więc nie wymaga komentarza. Po r mamy dyftong ei̯ pisany ey. Ten dyftong wymaga już wyjaśnień. Należy przypuszczać, że Islandczycy zapożyczyli od Polaków tę nazwę w epoce, w której były jeszcze u nas dyftongi. Inne nazwy zapożyczone od Polaków przez Skandynawów mówią nam, że chodzi tu o dawny dyftongiczny kontynuant praindoeuropejskiego ū długiego, który z czasem dał słowiańskie y. Oczywiście, w chwili zapożyczenia tej nazwy przez tubylców przebywający tu Polacy musieli wymawiać ten dźwięk jako yi̯. Ponieważ w systemie fonologicznym Islandczyków nie ma fonemu y, dźwięk ten został oddany przez najbliższą artykulacyjnie e i stąd nagłos Rei̯-, pisany Rey- dawniej i dziś. Głoska k nie wymaga objaśnień substytucyjnych. Dziwny jest natomiast drugi dyftong ja. Można przypuszczać, że jest to kontynuant praindoeuropejskiego ă krótkiego, które później u Słowian rozwinęło się w ŏ krótkie, a tu po tylnojęzykowej k było wymawiane dyftongicznie. Jest to nowy i piękny dowód na to, że w epoce zapożyczenia tej nazwy przez Islandczyków w mowie Polaków nie było jeszcze fonemu o dzisiejszej wartości o. Musiał w tym miejscu być dźwięk pośredni między ao. Zresztą, gdyby było jeszcze pierwotne a, po tej nieuwargowionej samogłosce nie mógłby powstać dyftong. Gdyby było już dzisiejsze o, Islandczycy nie przejęliby go w postaci ja.

Dotąd zrekonstruowaliśmy więc nagłos nazwy w archaicznej fonetyce Polaków islandzkich jako *Ryi̯ku̯å-. Dalszy ciąg fonetyczny tej nazwy musiał być taki, że skojarzył się Islandczykom z ich rodzimym wyrazem vik. Otóż ciąg ten najprawdopodobniej brzmiał -wiszcze. W ten sposób zrekonstruowaliśmy całą nazwę stolicy Islandii jako polskie *Rykowiszcze. Nazwa została zapożyczona tuż po rozbiciu wspólnoty prasłowiańskiej, o czym świadczy dyftongiczna wymowa kontynuantu praindoeuropejskiego *ū długiego. Po drugie, zastanawiający jest dyftong po kontynuancie pie. *ă krótkiego, które nie mogło być jeszcze zrównane z krótkim *ŏ (bo by go inaczej zapisali tubylcy). Wszystko to świadczy o tym, że Polakami, od których zapożyczyli tę nazwę Islandczycy, musieli być Wielkopolanie, u których do dziś spotyka się dyftongiczny odpowiednik naszego y (typ dobryi̯) i dyftongiczny kontynuant o pochodzącego z dawnego *ă krótkiego po artykulacji zwłaszcza wargowej i tylnojęzykowej, tu po k (typ ku̯oza).

Tyle językoznawstwo. Resztę wyjaśni nam historia. Wiemy, że córka Mieszka I a siostra Bolesława Chrobrego Świętosława (według źródeł skandynawskich nosiła ona w Skandynawii imię Sygryda) wyszła za mąż za króla Danii Swena. Było to ważne małżeństwo dyplomatyczne. Kroniki i sagi skandynawskie przekazały nam wiadomość o tym, że Mieszko I dał w posagu córce Świętosławie zastęp wojów mających duże doświadczenie w walkach na lądzie i na morzu. Nie wiemy, jak liczny był ten zastęp i skąd pochodzili ci woje. Wystarczyło, że składał się z kilku osób. Sagi mówią dalej, że król Swen zbrojnie opanował Islandię, a w podboju tym brali udział Mieszkowi woje. Gdy dokonali desantu w zatoce Faxa, zauważyli gody reniferów i założyli nową osadę, która się do naszych czasów nie zachowała, ale leżała na przylądku Reykjanes. Tyle kroniki i sagi.

A teraz zbierzmy to wszystko razem. Woje dani Świętosławie w posagu przez Mieszka I musieli, oczywiście, pochodzić z Wielkopolski, która była centrum i pierwotnym dziedzictwem tworzącego się państwa Piastów. Mówili oni wielkopolskim dialektem X-wiecznego języka polskiego, który dopiero co wyodrębnił się ze wspólnoty prasłowiańskiej. Przybywszy do Islandii zauważyli gody reniferów i nadali temu miejscu nad zatoka Faxa nazwę, która w dzisiejszej polskiej fonetyce brzmiałaby Rykowiszcze, a więc nazwę topograficzną prymarną od wyrazu pospolitego rykowiszcze, który dziś ma wtórną postać rykowisko i oznacza ‘miejsce schadzek jeleni, łosi i reniferów w czasie rui’. Dalsze losy tej nazwy już na gruncie języka islandzkiego zostały przez nas przekonująco wyjaśnione. Dzisiejszy Reykjavik jest więc islandzką substytucją fonetyczno-słowotwórczą prawielkopolskiego *Ryi̯ku̯åv̍išča z wyzyskaniem w funkcji strukturalnej wyrazu vik ‘zatoka’.

Przy okazji omówmy jasną już teraz nazwę przylądka Reykjanes. Nawet dziecko po przeczytaniu tego artykułu łatwo zrozumie, że to islandzka substytucja fonetyczna polskiej nazwy *Rykowiszczanie. Jest to nazwa etniczna na oznaczenie ludzi, którzy tu przybyli z Rykowiszcza, a że przybyli, poświadczają sagi i kroniki.

Kroniki duńskie mówią nam także, że wracając z Islandii do Danii Mieszkowi woje, stanowiący orszak Świętosławy (= Sygrydy), z powodu silnej burzy zatrzymali się na krótko w Irlandii i tam założyli jakąś osadę. Jest nią stolica Irlandii Dublin, wokół której do dziś są bogate w dęby lasy. Nazwa ta przypomina nam nasz Dęblin i nie może być wyjaśniona celtyckim zasobem wyrazowym. Jest to pierwotny *Dǫbьn-inъ, nazwa topograficzna z formantem -inъ od przymiotnika *dǫbьnъ. Nastąpiło tu odpodobnienie na odległość n piennego względem n sufiksalnego i to pierwsze n zostało zastąpione przez l, tak jak w nazwie Dęblina kościerskiego, który był pierwotnym Dębninem. Zmiana taka zaszła w wielu nazwach, które miały n w rdzeniu i w przyrostku, prawdopodobnie też w Dęblinie lubelskim. O tym, że była stara bezfunkcjonalna oboczność ǫ do u, nie trzeba Państwu przypominać.

Tak więc nazwa stolic Islandii i Irlandii są polskiego pochodzenia. W czasach ich założenia przez Polaków były to osady wojskowe. Stolicami stały się później bez udziału Polaków.

 

 

[Przedruk z: Hermenegilda Latawiec, Wybór rozprawek językoznawczych, egz. nr 24, [b.m.] 1979, s. 41–44].

 

Treść ostatnio zmodyfikowana przez: Sylwia Rzedzicka
Treść wprowadzona przez: Importer Importowicz
Ostatnia modyfikacja: śr., 01.06.2016 r., 13:43
Data publikacji: czw., 01.04.2010 r., 0:00

Językoznawstwo na wesoło

Bogusław Kreja

onomastyceonomastach

 

1. Bujny rozwój i wielka popularność onomastyki kieruje uwagę na samą nazwę tej dyscypliny i nazwę ludzi ją uprawiających: onomaścionomasta. Pozornie nazwy te wyglądają na wywodzące się z greckiego, ale sądzić tak mogą tylko ci, którzy nie znają historii tej dyscypliny. Nie mogą to być nazwy pochodzenia greckiego, bo – rzecz jasna – sama onomastyka wzięła swój początek właśnie w Polsce. Pierwszy podwaliny pod jej rozwój położył niezwykle zasłużony ksiądz Baka w XVII w. Nazwa ta musiała się pojawić gdzieś w tym czasie, choć pisanych dowodów na to nie znajdziemy.

2. Wyraz onomasta musimy rozpatrywać w obrębie systemu fonologicznego i słowotwórczego polskiego. Onomasta to oczywiście pierwotny łonomasta. Zmiana pierwotnej grupy ło‑ w o‑ ma charakter hiperpoprawny, jest ucieczką od gwarowych form typu łokno, łopata. Tego samego rodzaju hiperyzmy mamy też w wyrazach takich jak gwar. okieć czy ogólne ojciec (z dawnego łojciec czyli *łoji cieć). A więc dzisiejszy onomasta to niewątpliwie pierwotny *łonomasta.

3. Jakaż zatem jest budowa słowotwórcza tego łonomasty? Hipotetyczną parafrazę słowotwórczą możemy zrekonstruować jako ‘ten, co łono maści’. A więc łonomasta od podstawy łono maścić jak wojewoda od woje wodzić.

Cóż to jednak to łono i co to jest maścić?

Rzecz nie jest łatwa do ustalenia, ale ambicja prawdziwego badacza, poszukiwacza prawdy nie pozwoli się cofnąć przed takimi trudnościami.

Znaczenie wyrazu łono ustalimy metodą sformułowaną właśnie przy badaniu interesującego nas tu zagadnienia, metodą, która otwiera przed nami niezwykle szerokie horyzonty badawcze, nieograniczone wprost możliwości interpretacyjne. Kluczem tej metody jest bardzo prosta reguła:

I Jeżeli w połączeniu frazeologicznym AB człon A ma przyjęte znaczenie a, to i człon B o pewnym niejasnym znaczeniu ma faktycznie historycznie znaczenie a.

Wyraz łono występuje w połączeniu frazeologicznym ojczyzny łono (por. „Pan Tadeusz” Mickiewicza itd.). Zatem zgodnie z regułą I łatwo stwierdzimy, że wyraz łono to ‘ojczyzna, kraj ojczysty’ [1]. Interpretacje członu pierwszego mamy już za sobą. Z kolei rozpatrzmy budowę słowotwórczą i pierwotne znaczenie czasownika mościć. To już sprawa prosta i dająca się zinterpretować przy pomocy metod konwencjonalnych. Czasownik mościć jest czasownikiem historycznie złożonym o współcześnie zatartej budowie morfologicznej. Mościć to oczywiście ma chrzcić, czyli ‘ma nazywać’. Uproszczenia fonetyczne tego chrzcić > ścić są tak banalne, że wystarczy odesłać do odpowiedniej gramatyki historycznej języka polskiego, zob. m.in. też GP I 75.

Doszliśmy więc właśnie do miejsca, że możemy podać pierwotne znaczenie realne wyrazu *łonomaści. A więc łonomasta to ‘ten, co ojczyznę, jej krainy i miasta, nazywał’.

Dodatkowo można też sformułować wniosek ważny dla historii nauki. Łonomaści to pierwotnie nie ci, którzy badali nazwy własne, ale ci, którzy tworzyli i nadawali nazwy własne miejscom i osobom. Zresztą reliktowo i dzisiaj ta funkcja u poszczególnych onomastów się dochowała.

Główny cel niniejszej rozprawki został osiągnięty, wyjaśniliśmy etymologię wyrazu (ł)onomasta i ustaliliśmy pierwotne znaczenie poszczególnych elementów tego wyrazu i specyficzne znaczenie tego wyrazu jako całości.

Jednak specjalnie ważne są też wnioski normatywne, a nauki z niniejszej rozprawki są następujące: proponuję wrócić do pierwotnej, pięknej formy łonomasta. Domaganie się powrotu do formy jeszcze starszej łonamachrzta będzie już zbędną przesadą.

 

 


[1] W tym miejscu poprawmy znowu etymologię Grzegorza Łubca, sprowadzającą wyraz łono do pierwotnego *ono, gdzie ‑n‑ ma być konektywem, a pierwotne *o-o to po prostu augmentatywnie reduplikuje nagłosowe o z wyrazu ono. W tej interpretacji łono to ‘*wszechocean’. Być może, że łonołonomatopeja dałoby się w ten sposób zinterpretować, ale – rzecz jasna – z interpretacji Łubca wynikałoby, że łonomaści zajmowali się najpierw nazewnictwem wielkich wód, a dopiero potem zajęli się nazewnictwem ojczystych rodów, a przecież wiemy, że było odwrotnie.

 

 

 

[Przedruk z: Z dziejów językoznawstwa polonistycznego w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku i na Uniwersytecie Gdańskim (1947–2005), pod red. J. Maćkiewicz, E. Rogowskiej‑Cybulskiej i J. Tredera, Gdańsk 2006, s. 461–462].

 

Treść ostatnio zmodyfikowana przez: Sylwia Rzedzicka
Treść wprowadzona przez: Importer Importowicz
Ostatnia modyfikacja: śr., 01.06.2016 r., 13:46
Data publikacji: ndz., 28.02.2010 r., 0:00